Czasami mam wrażenie, że cała codzienna bieżączka w mediach – miniaturowe afery, polityczne przepychanki i sejmowe igrzyska – to tylko zgrabna zasłona dymna. Karmią nas tematami zastępczymi, abyśmy przypadkiem nie zaczęli zadawać niewygodnych pytań o katastrofalny stan europejskiej gospodarki, od której przecież bezpośrednio zależy nasza przyszłość. A sytuacja jest krytyczna: klasyczne metody wychodzenia z kryzysu ekonomicznego w Europie po prostu się wyczerpały.
Europejski Bank Centralny stoi przed dramatycznym dylematem. Obniżenie stóp procentowych wywoła niszczycielską inflację. Ich utrzymanie na wysokim poziomie sparaliżuje inwestycje, dobije zadłużone państwa kosztami odsetek i zmusi zwykłych ludzi do drastycznego zaciskania pasa przy spłacie kredytów hipotecznych. W tym klinczu jedynym ratunkiem dla brukselskiej biurokracji staje się zorganizowana, systemowa grabież – najpierw własnych obywateli, a w kolejnym kroku słabszych i podporządkowanych politycznie państw przez te silniejsze.
Zaczyna się od powolnego gotowania żaby. Ursula von der Leyen twardo zapowiada, że Unia nie zrezygnuje z narzuconego celu neutralności klimatycznej do 2050 roku. Ta cała bezemisyjność i dekarbonizacja to nic innego jak polityczny bat – narzędzie czystej dominacji i kontroli z centrali nad tym, kto może produkować, a kto ma zniknąć z rynku. Przez horrendalne ceny prądu i paliw europejski przemysł dusi się i traci konkurencyjność. Co gorsza, dotychczasowy wentyl bezpieczeństwa – eksport do Chin – pękł. Chińczycy nauczyli się robić lepsze i tańsze auta, drony czy roboty. Ewentualna wojna celna z Pekinem wywoła natychmiastowy upadek produkcji w Niemczech, a to uderzy rykoszetem w powiązane fabryki w Polsce czy Czechach, traktowane dotąd jak tanie montownie.
W obliczu tego paraliżu Bruksela planuje uderzyć tam, gdzie jeszcze są pieniądze – w naszą prywatność i oszczędności. Szefowa Komisji Europejskiej otwarcie i wielokrotnie zapowiada wdrożenie mechanizmów, które mają „zaprzęgnąć” prywatne oszczędności Europejczyków – szacowane na gigantyczne 10 bilionów euro – do finansowania unijnych celów. Te odebrane w zawoalowany sposób pieniądze mają zostać przeznaczone na zbrojenia, budowę elektrowni, systemy sztucznej inteligencji oraz rozbudowę niezbędnych gałęzi gospodarki. O tym, które konkretnie podmioty otrzymają te środki, zadecyduje bezpośrednio centrala w Brukseli. Możemy być pewni, że popłyną one do zachodnich gigantów typu ThyssenKrupp, Bosch czy Volkswagen, a nie do małej, polskiej piekarni na rogu.
Huczne zapowiedzi von der Leyen o nowej możliwości założenia spółki europejskiej w zaledwie 48 godzin to tylko polityczna zasłona dymna. Przy miażdżących kosztach utrzymania i obciążeniach fiskalnych na rynku europejskim sam czas rejestracji firmy nie ma żadnego znaczenia. Chodzi o odwrócenie uwagi od tematu oszczędności.
Historia uczy, że zbankrutowane systemy zawsze szukają ratunku w grabieży słabszych. Gdy w latach 30. upadła ekonomicznie niewydajna Republika Weimarska, wywołując eksplozję inflacji, nowo powstałe imperium nie wyczarowało genialnych reform rynkowych. Jego potęga finansowa została zbudowana na piramidzie finansowej i bezwzględnym łupieniu innych – najpierw ograbiono Czechosłowację z pieniędzy, złota i fabryk, następnie Austrię, a od 1939 roku ruszyła regularna, zorganizowana militarnie grabież Polski, która finansowała ten niewydolny system. Dzisiejszy mechanizm ma być bardziej subtelny, ale równie niszczycielski. Najpierw obywatele zostaną ogołoceni ze świadczeń socjalnych i emerytur, a potem nastąpi systemowy drenaż słabszych państw. Zadłużone kraje, takie jak Polska, zostaną rzucone na kolana i uzależnione od zagranicznych banków, powtarzając tragiczny scenariusz grecki. Co więcej, obcy kapitał zacznie masowo wycofywać zyski ze swoich fabryk w naszych krajach. Znając historię naszej transformacji, wiemy, że nikt nie będzie dbał o przetrwanie tych zakładów – zachodni właściciele wyssą z nich kapitał, zamieniając prężne dotąd przedsiębiorstwa w puste „wydmuszki”, a koszty ich upadłości i bezrobocia przerzucą na lokalnych podatników, bezczelnie traktując nas jak kolonię.
Właśnie w tym świetle rosnąca siła ruchów prawicowych i konserwatywnych w Polsce oraz w całej Europie jawi się nie jako zagrożenie, ale jako zbawienny, całkowicie naturalny i niezwykle pozytywny odruch obronny. Kiedy brukselska centrala próbuje ratować zachodni rdzeń kosztem swoich wschodnich partnerów, obywatele zaczynają rozumieć, że jedynym ratunkiem jest powrót do suwerenności i twardego patriotyzmu gospodarczego. Sukcesy takich sił jak AfD w Niemczech czy Marine Le Pen we Francji, a także konsolidacja środowisk prawicowych w Polsce, to sygnał, że kraje zaczynają stosować zbawienną zasadę narodowego interesu na wzór suwerennej polityki Donalda Trumpa. To zdrowy i potrzebny egoizm patriotyczny – stawianie własnych obywateli, ich oszczędności, rodzin i rodzimego biznesu na pierwszym miejscu.
Aby ten odruch obronny miał realną siłę, muszą zostać spełnione trzy fundamentalne warunki ochrony majątku na poziomie państwowym i społecznym.
Po pierwsze – zatrzymanie dalszego zadłużania państwa. Polska nie może zaciągać kolejnych długów. Rosnące zadłużenie i koszty jego obsługi prowadzą do całkowitego uzależnienia kraju od zagranicznych i unijnych instytucji finansowych. To klasyczny scenariusz grecki, który otwiera drzwi do późniejszego przejmowania i drenowania krajowego kapitału, w tym oszczędności obywateli. Im bardziej państwo jest zadłużone, tym łatwiej zewnętrznym siłom dyktować warunki i sięgać po prywatne środki.
Po drugie – świadome i odpowiedzialne wybory polityczne. Obecna sytuacja ekonomiczna nie spadła nam z nieba. Jest bezpośrednim efektem decyzji wyborczych i bezkrytycznego promowania polityków, którzy decydują o nakładaniu wysokich podatków i coraz szerszej redystrybucji. Ochrona przyszłości finansowej wymaga odrzucenia dotychczasowych, błędnych schematów. Każdy głos oddany na tych, którzy pogłębiają zależność od Brukseli i zwiększają fiskalne obciążenia, to de facto zgoda na dalsze osłabianie polskiej pozycji.
Po trzecie – konsekwentne wspieranie suwerenności i patriotyzmu gospodarczego. Jedyną systemową barierą chroniącą zasoby obywateli przed unijnym drenażem jest powrót państw do twardej obrony własnych interesów – na wzór polityki „America First” Donalda Trumpa czy postulatów partii prawicowych w Europie. Silne, suwerenne rządy mogą postawić tamę centralistycznym pomysłom Brukseli. Tylko takie rządy są w stanie odrzucić unijny dyktat dekarbonizacji i nie pozwolić na rozkradanie wypracowanego przez pokolenia majątku.
Tylko silne, suwerenne państwa narodowe, które postawią interes własnych obywateli ponad ideologiczne projekty centrali, będą w stanie przetrwać nadchodzące trudne lata i uchronić swoje społeczeństwa przed ekonomiczną kolonizacją. Czas na patriotyzm gospodarczy nie jest już kwestią ideologii. To kwestia przetrwania.
Na podstawie nagrania @ListekElf





















