Ostatnio wpadł mi w ręce krótki film o „psychologii lewactwa”. Mocny tekst, sporo nazwisk, trochę przesady. Część rzeczy przypisanych autorom w ogóle się nie zgadza. Ale sama myśl, która za tym stoi, jest dla mnie ważna i chcę ją rozpisać po swojemu, uczciwie i bez wymyślania cytatów.
Myśl jest taka: duża część lewicowej ideologii równości nie wyrasta z troski o słabszych. Wyrasta z niechęci do tych, którym się udało. I z wygodnego przekonania, że za moje niepowodzenie zawsze odpowiada ktoś inny.
Resentyment, czyli kwaśne winogrona na poważnie
Pamiętasz bajkę o lisie, który nie mógł dosięgnąć winogron i uznał, że i tak są kwaśne? Fryderyk Nietzsche zrobił z tego całą teorię. Najszerzej opisał ją w „Z genealogii moralności” i nazwał resentymentem.
Mechanizm jest prosty. Ktoś przegrywa w rywalizacji: zarabia mniej, awansuje wolniej, jego firma upada. Przyznać „byłem słabszy, muszę się poprawić” boli. Więc psychika robi fikołka. Siła, ambicja i sukces zostają ogłoszone czymś podejrzanym, a słabość cnotą. Bogaty? Na pewno kogoś okradł. Wymagający szef? Toksyczny. Hierarchia? Opresja.
To bardzo przyjemne uczucie. Nic nie trzeba zmieniać, a jeszcze można czuć się moralnie lepszym od tych, którzy pracują ciężej.
Bardzo dobrze to widać w policji do której trafia coraz więcej kobiet gdyż obniżono poziom testów egzaminacyjnych w wyniku tzw. równouprawnienia kobiet (przecież nie napiszę „równouprawnienia płci”, bo mamy przecież tylko dwie) i przepisów wymuszanych przez Brukselę w całej UE. Efekt jest taki, że mężczyźni z natury przystosowani do obrony i działań siłowych w zagrożeniu, czują się źle z kobietą u boku, bo taka sytuacja w większości to zagrożenie tak nich samych (mężczyzn, którzy boja się o swoja bojową partnerkę) jak i dla samych kobiet, które w większości nie maja predyspozycji do pracy w fizycznym starciu, ale…pomimo, że np. mają małe dziecko i karmią piersią (macierzyństwo jest cudownym doświadczeniem i pozdrawiam w tym miejscu z szacunkiem wszystkie kobiety 💐) a przez to przysługują im pewne udogodnienia np. wcześniejsze wyjście do domu (z tyt. Kodeksu Pracy – i to jest dobre) to mają takie same przywileje płacowe jak rośli silni mężczyźni, którzy ze swojej fizycznej natury lepiej nadają się do pracy policjanta niż do karmienia piersią. Efekt jest taki, że mężczyźni odchodzą z policji a procent kobiet zatrudnionych do pracy na ulicach systematycznie rośnie ( już dochodzi do 30%)…. Czy wiedząc to, jako kobieta (zakładam że mój blog czytają również przedsiębiorcze kobiety) czujesz się teraz bezpieczniejsza? Facetów nie pytam, bo wiem co mi powiedzą te ogry 😉
Kapitalizm, patriarchat, system. Zawsze ktoś winny
Psychologowie mają na to nazwę. Julian Rotter w latach 60. opisał tzw. umiejscowienie kontroli. Jedni ludzie wierzą, że ich los zależy głównie od nich samych. Inni, że od szczęścia, układów i „systemu”.
Ci pierwsi zwykle radzą sobie lepiej. Nie dlatego, że świat jest dla nich łaskawszy. Po prostu skoro wierzę, że coś ode mnie zależy, to działam. Jak wierzę, że nic nie zależy, siedzę i czekam.
I tu dochodzimy do sedna. Lewicowa narracja systematycznie uczy ludzi tego drugiego nastawienia. Nie masz pieniędzy? Winny kapitalizm. Nie awansowałaś? Patriarchat. Słabe oceny dziecka? Niesprawiedliwy system edukacji. Czasem coś w tym jest, nie przeczę. Ale jako stała recepta na życie to trucizna. Daje chwilową ulgę i zabiera ci jedyną rzecz, która naprawdę może coś zmienić: poczucie, że masz wpływ.
Jako przedsiębiorca widzę to z bliska. Kiedy coś w firmie nie wychodzi, mogę ponarzekać na rynek, podatki, konkurencję. Tylko że rynek nie przyjdzie mnie przeprosić. Klient nie kupi dlatego, że miałem pod górkę. Albo poprawię produkt, albo przegram. I szczerze, to jest uczciwe.
Prawdziwy wyznawca ucieka od wolności
Eric Hoffer był robotnikiem portowym, samoukiem, i napisał w 1951 roku książkę „Prawdziwy wyznawca”. Opisał w niej, kto najchętniej wstępuje do ruchów masowych. Jego odpowiedź: ludzie sfrustrowani. Tacy, którzy mają poczucie zmarnowanego życia i chcą od niego uciec w coś większego.
Hoffer pisał o różnych ruchach, nie tylko lewicowych, i dla porządku to zaznaczam. Ale jego opis pasuje do dzisiejszych ruchów egalitarnych jak ulał. Wolność to ciężar. Trzeba samemu decydować, samemu ryzykować i samemu ponosić skutki. Kolektyw zdejmuje ten ciężar. Wina przechodzi na zewnątrz, a w zamian dostajesz misję i poczucie bycia po dobrej stronie historii.
To najtańsza wyższość moralna, jaką można kupić. Przypinasz plakietkę, udostępniasz post, krzyczysz na „bogaczy”. Nie musisz niczego zbudować, nikogo zatrudnić, nikomu realnie pomóc.
Namaszczeni i ci, którzy na nich zarabiają
Thomas Sowell, amerykański ekonomista, w książce „The Vision of the Anointed” opisał grupę, którą nazwał namaszczonymi. To ludzie przekonani, że wiedzą lepiej niż zwykli obywatele, jak ci obywatele powinni żyć. Sowell zwracał uwagę, że takie osoby oceniają politykę po intencjach, a nie po skutkach. Program miał pomóc biednym? Znaczy był dobry, nawet jeśli w praktyce zaszkodził.
Obok namaszczonych idealistów są też zwykli cynicy. Politycy, którzy wiedzą, że obietnica „zabierzemy bogatym i damy wam” to najprostszy sposób na głosy. Nie interesuje ich, co będzie za dziesięć lat, kiedy zaradni wyjadą albo przestaną się starać.
A przestaną. To nie jest teoria, tylko zwykła ekonomia. Jeśli za wysiłek i ryzyko karzesz wyższymi podatkami, większą liczbą przepisów i publicznym piętnowaniem, dostajesz mniej wysiłku i mniej ryzyka. Mniej firm, mniej miejsc pracy, mniej innowacji. Biedni na tym nie zyskują. Zyskują urzędnicy od redystrybucji.
Inaczej ważymy wartości
W filmie pod wpływem którego napisałem ten artykuł padło, że Jonathan Haidt „udowodnił wygaszone receptory” u lewicy. Tego Haidt nie napisał i nie chcę mu tego wkładać w usta. To, co faktycznie pokazał w „Prawym umyśle”, jest i tak ciekawe.
Haidt opisał kilka fundamentów moralnych: troskę, sprawiedliwość, wolność, lojalność, autorytet i świętość. Z jego badań wynika, że osoby o poglądach lewicowo-liberalnych opierają się głównie na trosce i sprawiedliwości (rozumianej często jako równość). Konserwatyści korzystają ze wszystkich fundamentów bardziej równomiernie.
Co to znaczy w praktyce? Jeśli patrzysz na świat prawie wyłącznie przez troskę o słabszego, każdy pomiar zaczyna wyglądać jak krzywda. Egzamin krzywdzi tych, którzy go nie zdali. Target w firmie krzywdzi tych, którzy go nie dowożą. Stąd żądania, żeby znieść oceny, obniżyć progi, zrezygnować z twardych kryteriów rekrutacji. Brzmi empatycznie. W skutkach to równanie w dół.
Równość wyników to obietnica bez pokrycia
Równe szanse to coś, pod czym się podpisuję. Każdy powinien móc spróbować. Ale lewicowy egalitaryzm coraz częściej żąda czegoś innego: równych wyników. A tego nie da się osiągnąć bez zabrania jednym i ograniczenia drugich.
Weźmy szkołę. Jeśli zniesiemy oceny, żeby nikt nie czuł się gorszy, najzdolniejsze dzieci przestaną się rozwijać, a słabsze nie dowiedzą się, nad czym pracować. Weźmy firmę. Jeśli wszyscy dostaną tę samą premię niezależnie od wyników, najlepsi pójdą do konkurencji. Zostaną ci, którym to pasuje.
Natura i rynek nie nagradzają równo. Nagradzają odporność, kompetencje i umiejętność dostosowania się. Można się na to obrażać. Można też się tego nauczyć.
Co z tego wynika dla mnie i dla ciebie
Nie piszę tego, żeby kogoś obrazić. Piszę, bo widzę, jak ta ideologia psuje ludziom głowy. Uczy, że sukces innych to twoja krzywda, a twoja porażka to wina kogoś innego. Z takim przekonaniem żyje się wygodnie, ale biednie. I nie mówię tylko o pieniądzach.
Lekarstwo jest nudne i nie da się go sprzedać na wiecu:
- weź odpowiedzialność za to, na co masz wpływ,
- ucz się rzeczy, za które ktoś chce płacić,
- traktuj ocenę i pomiar jak informację zwrotną, a nie atak.
Ja sam wolę wiedzieć, że coś zawaliłem, niż słyszeć, że wszystko jest w porządku, bo system jest zły. Pierwsza wiadomość boli, ale da się z nią coś zrobić. Z drugą zostaje tylko złość.
A ty jak myślisz? Co bardziej napędza tę mentalność: lęk przed odpowiedzialnością czy zwykła zawiść wobec tych, którym się „udało”?





















